gorzkie żale

motto prowadzące mnie przez życie - NIE BĄDŹ P*ZDĄ!!1

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Wpisy obserwowanych

Może już kiedyś wam to wspominałam, jeśli nie to spoko a jeśli już tak to się powtórzę. mam przecież do tego święte prawo blogowicza.jest w moim życiu taki ktoś ,kto zawsze wie o co mi chodzi. nasza relacja jest dość pogmatwana i w jakiś sposób niewłaściwa wg jakiś tam ogólnie przyjętych standardów. w skrócie, to jest mój eks nauczyciel, młody facet ,ale nie na tyle młody żeby nasza "relacja" była typowa. to jest ten typ relacji kiedy od razu widzisz iskry ,takie ciągłe przeciąganie liny dla obopólnej satysfakcji. nie zrozumcie mnie źle. to nie była wtedy zabawa w jakiś zakazany romans, teraz zresztą też nie. wtedy, kiedy był moim nauczycielem, chodziło może o to jak daleko damy radę się posunąć a gdzieś po drodze okazało się ,że po prostu się polubiliśmy i zrozumieliśmy.
przy nim mam wrażenie ,że moja asekuracyjna paplanina nie działa, że to jak kreuję siebie nie jest w stanie zasłonić przed nim mnie. strasznie mnie to przeraża a jednocześnie pociąga. to co mówi gdy przez chwilę nie udajemy największych flirciarzy, idiotów czy żartownisiów ( zależnie od humoru) jest jak poznawanie siebie przez słowa drugiej osoby.
może to brzmi dziwnie ale jeśli zwracam się do kogoś z złamanym sercem to jest to on .może to brzmi śmiesznie ale jeśli on zwraca się do kogoś żeby pogadać o swoim małżeństwie, jego wzlotach i upadkach ,to jestem to ja.
mówię wam to wszystko bo ostatnio się nie widzieliśmy jakiś czas.powodów wiele, nasze życia trochę się rozjechały,nasze plany dnia również.poza tym utopiłam się w tym pięknym uczuciu zakochiwania się w kimś. w kimś kto wydawał mi się miły i szczery i dobry dla mnie. nie idealny oczywiście ,ale to jest ten wspaniały czas ,zakochiwanie, kiedy wady widzimy jako dziwnie urocze.
a potem ktoś bierze ode mnie tą małą cząsteczkę mnie i mówi ,że będzie fajnie i będzie jej ciepło a potem nagle stwierdza że w sumie to się wyprowadza i śpieszy mu się na pociąg i przecież i tak wpadł tylko na chwile.


znowu ktoś mnie musiał poskładać do kupy i znowu to był on. zawsze kończy się na nim. rozbiera mnie bardzo powoli z wszystkich uczuć ,wyrzuca, dorzuca, grzebie,grzebie a potem bardzo dokładnie mnie ogarnia.
i już to napisałam na jednym z moich "mediów" ale powtórzę ,bo jego słowa znaczą nawet więcej niż jego uścisk
Oni się Ciebie boją. Nie za bardzo wiedzą co mają z tobą robić.Jesteś trochę za obrotna i trochę za pewna siebie. Ci chłopcy, bo przecież nie mężczyźni, dobrze sobie zdają sprawę ,że bez nich u boku ty dalej dasz sobie świetnie radę. W ich oczach nie jesteś ani trochę słodka, ani trochę niezdarna ani nieporadna. Po prostu Ciebie się nie da uratować z żadnej opresji i nie bardzo jak się da być księciem na białym koniu, superbohaterem .Nie chcesz udawać damy w opałach ,ale powiedziałaś mi kiedyś ,że nie chcesz być też dla kogoś matką w związku .Chcesz śmiałych decyzji ,ogarniętego życia i pewności. Chcesz,żeby ktoś w końcu przejął choć na chwilę kontrolę .

31.10.2016 o godz. 00:49



Tagi: halo halo
05.10.2016 o godz. 18:55
Dłuuuuugą miałam przerwę, od grudnia 2014. Rok i cztery miesiące radości, smutków, sukcesów, porażek, nadziei i frustracji, których tu NIE opisałam.
Odeszłam też od Fejszbuka, może nie całkowicie, ale nie jest to już dla mnie jakaś wielka rozrywka. 90% informacji przewijam z niesmakiem bądź ze znudzeniem.
Ale jest OK. Ostatnie czasy przyniosły mi lęki, których nie umiem ogarnąć, mimo tego, że mam ich świadomości i próbuję z nimi walczyć. Tyle lat ścierania się z własnym umysłem, a ja wciąż przegrywam... Emocjonalność i wrażliwość wcale nie mijają z wiekiem, a jak ktoś twierdzi inaczej, widocznie jest innym typem człowieka niż ja i nigdy mnie nie zrozumie.
Gdyby jednak wyłączyć czarnowidztwo i myślenie katastroficzne, moje życie przebiega bez większych zgrzytów. Fakt, wciąż nie dogaduję się z rodzicami, mimo że sama jestem rodzicem, więc pewne sprawy powinnam już rozumieć.
Dziecko kocham ponad wszystko. Oburzają mnie słowa Naczelnego Wieszaka III RP, Anji Rubik, że "wg lekarzy 3-miesięczny płód to jeszcze nie człowiek". Kuźwa, nie nosiłaś Ty pod sercem takiego cudu! Dla mnie najmniejszy pęcherzyk był już wart kochania!
W ogóle to cholernie nerwowo ostatnio w tej naszej polityce i tematy zastępcze klonują się i mnożą przez siebie. Kosmos jakiś! Najstarsi górale pewnie nie pamiętają tylu pochodów, manifestacji i skandali. Rodzi się jedno pytanie: kto tu chce dobrze dla siebie, a kto dla Polski? Tak, wszyscy politycy chcą wyłącznie własnych zysków i wpływów - niezależnie od partii. Dla Polski dobrze są ci, co głosu nie mają i mogą jedynie rwać włosy z głowy nad tym, co się wyrabia.
No ale dobra, ja tu o polityce, a tymczasem jest tyle innych spraw do ogarnięcia... Choćby i przeprowadzka. Tak, po 32 latach opuszczamy nasze mieszkanie i przenosimy się do innego, a potem ja, mąż i dziecko przenosimy się do budowanego przez nas domu, a moi rodzice zostają w tym innym mieszkaniu. Wcześniej scenariusz był inny, ale zapadła taka decyzja i w sumie chwała Bogu. W końcu zacznę funkcjonować jak dorosła osoba i nie będę miała czasu na fobie i depresję.
A teraz kończę i poczytam sobie jakieś moje stare wpisy. Ot tak, dla beki :D
Adios.
20.04.2016 o godz. 11:37
"Ja - wstęp"
Oczywiste jest to dla mnie, że jestem najlepszym lekarzem w kraju. Studia skończone w pięć zamiast siedmiu lat. W domu oddzielny pokój na nagrody przyznane za osiągnięcia naukowe i te wszystkie dyplomy oraz certyfikaty. Moja twarz w telewizji, gazetach, internecie - dosłownie wszędzie - bo ludzie mnie uwielbiają, dosłownie mnie kochają! Za te wszystkie perfekcyjne operacje, zabiegi, trafne diagnozy oraz przeprowadzone badania. trzydzieści odkryć - szczepionek, kuracji i leków - w tym sześć na choroby które wcześniej uchodziły za nieuleczalne. Jestem taka dobra?

"Dzień ZERO - kiwi"
Końcówka lata, w radiu meteorolog zapowiada mroźną zimę, jest ósma rano, jem kanapkę z tuńczykiem, serem i bazylią oraz myślę w co się ubrać na wykład, tak żeby nie mówili, że stałam się zbyt odważna. Wiem! - sukienka którą kupiłam na początku czerwca powinna być w sam raz - długa do kolan, w kolorze jasnej zieleni - taka limonka; a na to brązowy żakiecik. Dopiero gdy stanęłam przed lustrem stwierdziłam, że wyglądam jak kiwi - co oczywiście wywołało uśmiech w na mojej twarzy jak i w moim umyśle.
W drzwiach garderoby nagle pojawiła się twarz mojego lubego. Widać było. jak by chciał się uśmiechnąć, ale w jednej chwili z grobową powagą powiedział "Dzwoniła pielęgniarka z Dwójki, potrzebują cię TAM! - natychmiast". Na co zdziwiona odpowiedziałam "eh to prawie dziesięć kilometrów za miastem, ale OK! przecież im nie odmówię", bo już od dobrych kilku miesięcy nikt nie dzwonił z szpitala chorób zakaźnych. Napisałam krótką wiadomość do sekretariatu uczelni, że się spóźnię - ale nie więcej niż godzinę - i bez przebierania się w inne ciuchy wsiadłam z teczką do samochodu.
Gdy dojechałam na miejsce, zobaczyłam że wyjazd dla karetek jest zamknięty i dodatkowo drzwi szpitala pilnowane są przez policjantów. Coś jest na rzeczy - pomyślałam. Kilku ludzi stojących przed drzwiami domagało się wpuszczenia, natomiast na widok tego że wysiadam z samochodu podszedł do mnie człowiek którego kojarzyłam. To była Kinga - moja koleżanka, ze studiów - widocznie tu pracuje. Prawie szepcząc powiedziała "Chodź szybko", i zaraz po tym jak zamknęłam samochód złapała mnie za rękę i zaciągnęła pod tylne wejście szpitala i otworzyła wejście do klatki schodów przeciw-pożarowych. Przeszłyśmy do pokoju z generatorem awaryjnym szpitala. Siedziały tam dwie pielęgniarki i jeden lekarz - Kamil, także znany przeze mnie ze studiów - sądząc po strojach byli z oddziału ratunkowego i wyglądali jakby ktoś zabrał ich w trakcie operacji na otwartym sercu. Niedomyta krew widniała na nadgarstkach i koszuli, a on wyciągnął do mnie rękę, ale też cofnął tak szybko nim odruchowo zaczęłam podnosić moją dłoń do uścisku. Zaczął: "Pani Doktor, Alicjo! Dzisiaj o godzinie siódmej szpital opuściło dwudziestu naszych pacjentów, po zakończonej wczoraj - dwumiesięcznej terapii, wynalezionej i wdrożonej przez Ciebie - niecałe trzy lata temu.."- nabrał powietrza, na co ja w krótkiej chwili odpowiedziałam spokojnie: "To chyba dobrze, ale.." i tu mi przerwał i dokończył "..opuścili budynek w workach na zwłoki - z polecenia dyrektora szpitala, po czym mamy godzinę dziesiątą - szpital miał zostać ewakuowany, ale aktualnie piętra od pierwszego wzwyż, czyli do dziewiątego są MARTWE - czyli około dziewięciuset zwłok- włącznie z kilkunastoma policjantami, lekarzami, pielęgniarkami i pacjentami jak i dyrektorem. Wejścia do szpitala oraz windy są zablokowane, a helikopter ratunkowy, który opuścił budynek jeszcze przed godziną siódmą rozbił się niedaleko autostrady. Najważniejsze jest to, że nie wiemy, co się tak na prawdę dzieje, bo dzieje się to za szybko." I podał mi kilka kart pacjentów, którzy zmarli tego ranka. Przeglądnęłam karty i spojrzałam groźnie mówiąc "A WY!?" na co Kamil powiedział "One spóźniły się na swoją zmianę, a ja mam nadzieję jestem odporny na to co się dzieje" Po czym zgasło światło i zabłysło ponownie lecz jasno-żółte słabsze - oświetlenie awaryjne, a generator po chwili wyświetlił informację o braku zewnętrznego źródła zasilania. Kamil przełączył cały przepływ prądu na parter i piwnicę, a na ekranie pokazała się liczba godzin przez którą będzie dostarczana energia. Przeliczyłam szybko, że to niecałe piętnaście dni. Telefony nie wykrywały sieci mobilnych, a stacjonarny telefon milczał.

Wypytywaliśmy się nawzajem przez dobre pół godziny o szczegóły i proponowaliśmy co można by zrobić. Po czym przyszła mi myśl, że mam większość materiałów dotyczących moich badań na laptopie, który został w samochodzie. Wybraliśmy się do szpitalnego holu, przez dwoje szklanych drzwi nie było widać ani policjantów którzy wcześniej stali na zewnątrz, ani ludzi którzy chcieli dostać się do środka. Otworzyliśmy wspólnie pierwsze rozsuwane drzwi, gdy nagle za rogu wybiegła postać. Była podpalona i niczym żywa pochodnia biegła prosto na nas. Uderzyła w drzwi i upadła do tyłu rozbijając sobie głowę o podjazd dla osób niepełnosprawnych. Gdy już leżała można było rozpoznać że to jeden z policjantów którzy pilnowali wejścia. Przez chwilę wszyscy staliśmy w szoku po czym Kamil złapał za dźwignię do ręcznego otwarcia drugich drzwi lecz zatrzymał się gdy wszyscy usłyszeliśmy dwa strzały. Dochodziły ze strony wjazdu karetek. Przed szpitalem biegł policjant i goniła go trójka ludzi, z czego jeden miał w rękach broń palną. Zorientowałam się, że nie ma przy nas jednej z pielęgniarek, po czym zobaczyłam ją jak biegnie w stronę parkingu. Pościg policjanta skierował się w jej stronę, a po chwili padł strzał i leżała na ulicy krwawiąc z klatki piersiowej. Kamil złapał mnie za bark, że aż się przestraszyłam. Powiedział do naszej pozostałej trójki, żeby wrócić do pokoju z generatorem, bo z tamtego miejsca można zamknąć zdalnie kilka drzwi do których na co dzień potrzebna jest przepustka i bezpiecznie przeczekamy tam do wieczora.

"Noc - strach"
Ewa - druga wciąż żywa pielęgniarka - została na straży wejścia z wyrzutnią flar którą idealnie będzie nadawać się na broń improwizowaną gdyby zaszła taka potrzeba, a Kinga, Kamil i ja mieliśmy za zadanie dostać się do mojego samochodu. Była godzina jedenasta, a noc bezksiężycowa. Spojrzenie na miasto sprawiało, że dostawałam ciarki. W oddali było widać ogromny pożar i kłęby dymu unoszące się ponad budynkami. Ale jeszcze bardziej bałam się tego, że za chwilę będę musiała otworzyć samochód - zdalnie, a wtedy na chwilę zabłysną światła. Zabłysnęły, odczekaliśmy chwilę i otworzyłam drzwi. Zabrałam wszystko co może przydać się do określenia tego z czym będę walczyć - jakakolwiek to choroba, wirus czy mutacja - dobrze było by coś z tym zrobić. Po powrocie wysłałam Kamila na górę po szczegółowe wyniki badań kart pacjentów, po czym przyniósł mi kilka dysków twardych oraz informacje, że w piwnicy jest kolejny generator, gdyż szpital posiada schron przygotowany na atak z powietrza, ale nie ma tam okien - więc po wspólnej rozmowie, wszyscy postanowiliśmy, że jeśli nic się nie zmieni przez te dwa tygodnie to przeniesiemy się do podziemia.

"Kolejny dzień? - piekło wymyślił człowiek, a nie bóg"
Z samego rana, po nocy na starym materacu i trzygodzinnym pilnowaniu drzwi, zostałam powitana wczorajszym obiadem szpitalnym z dodatkową puszką napoju z automatu. Zanim zaczęłam jeść już sprawdziłam wyniki całonocnego wyszukiwania danych w autorskim systemie gdzie w laptopie według kryteriów ustalonych na podstawie kart pacjentów i relacji Kamila można by znaleźć jakieś przybliżone informacje na temat tego co zaszło. Wyglądało by na to, że pacjenci którzy mieli zaaplikowane trzy specyficzne szczepionki mojego pomysłu są źródłem tych nieszczęść. Jeśli przypuszczenia symulacji komputerowej nie odbiegają od rzeczywistości to czas aktywacji zmutowanego wirusa to przedział od kilku godzin do około dziesięciu dni. Potrzeba by zbadać jeszcze jakąś świeżą próbkę krwi i tkanki abym miała pewność. Tak się składa, że szukać nie trzeba daleko, bo prawdopodobnie zarażona była ta postrzelona pielęgniarka. Wyszliśmy przed szpital. Dwie karetki stały w ogniu, a w miejscu gdzie ostatnio widzieliśmy ciało potrzebne do badania była spora plama prawie zaschniętej krwi i kierujące się w dwie różne strony smugi purpury. "To raczej jakieś zwierzęta z pobliskiego lasu" powiedział Kamil, "Oby nie ludzie, chyba lepiej się nie rozdzielać, tak w razie czego" - dodałam załamującym się głosem. Poszliśmy po śladach które wyglądały na starsze, ślad krwi urwał się niedaleko schroniska dla psów, więc i intuicja podpowiadała, że to właśnie tam może jeszcze uchował się kawałek ciała. Brama była otwarta, ale co dziwne ze środka nie było słychać prawie nic. Dziwne jak na schronisko, że tak tutaj cicho - pomyślałam. Na wejściu leżały kilkanaście martwych psów, prawie każdy poobgryzany, część miała ślady po wytoczonej z pyska ślinie. W rogu leżały zwłoki, jedne należały do pracownika schroniska, drugie to część klatki piersiowej oraz na pół oderwana głowa poszukiwanej przez nas pielęgniarki. Gdy wycinałam kilka kawałków z pozostałości po jej ciele Kamil powiedział "Gdyby psy potrafiły gotować to pewnie nic byśmy tutaj nie zastali, na ich nieszczęście zwierzęta mają rozum, ale są leniwe." "Raczej mniej kreatywne, a nie leniwe. Gdyby potrafiły gotować, ludzie wykorzystali by to aby zarobić" - dodałam z lekkim uśmiechem. Obeszliśmy oba budynki schroniska, aby zobaczyć czy ktoś się tutaj nie chowa, tak jak by wcześniej w szpitalu, ale to miejsce wydawało się bardziej martwe niż wszystkie piętra szpitala. Wracając czułam jak moje ciało domaga się jedzenia; miałam nadzieję na coś lepszego niż kolejne resztki obiadu, ale coś podpowiadało mi, że zawsze może być gorzej.
Gdy sprawdzałam próbki Kinga podeszła i powiedziała, że spóźniła się bo do późna siedziała w głównym szpitalu w centrum miasta, że tam leży jej syn. Przytuliłam ją i rozpłakała mi się na ramieniu. Drugą ręką wpisywałam dane na komputerze, tak aby kolejna symulacja była jak najbardziej wiarygodna. Komputer przeliczał, a my jedliśmy kolejne resztki przy cichej pracy generatora.

"Drzwi"
Wynik okazał się być najbardziej przekonujący, ale nie dawał nam dużych szans na przeżycie. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zarażeni, nasze próbki wskazują na to że, jesteśmy nosicielami już piątej mutacji wirusa, gdyż na wcześniejsze byliśmy odporni. Wynikiem będzie to, że zginiemy szybko - lecz nie wiadomo kiedy dokładnie, może za chwilę, a może za kilka dni lub miesięcy. "Przeszło mi przez myśl, że mogli byśmy udać się nad morze, albo w góry" -powiedziałam jakoś bez przekonania. "Ludzie wymierają, morze będzie skażone w ciągu kilku tygodni, chyba lepiej w góry. Zawsze chciałem zestarzeć się i umrzeć w górach" powiedział Kamil. Kinga stała jak spetryfikowana i tylko na jej ustach malował się niepokój. Moment później koleją myśl przerwał mi przebijający wszystko dźwięk - krótkie kilkusekundowe sygnały pisku trwały kilka minut. Kamil podbiegł do pulpitu obok generatora, wpisał coś na klawiaturze i pisk zamilkł. "Pakujcie się i na dół - to system wczesnego ostrzegania, sygnał dotarł z opóźnieniem" - krzyknął. W przerażeniu popatrzałam na Kingę i w panice zaczęłam przepakowywać rzeczy z biurka do torebki. Biegłam trzymając kilka toreb oraz moją teczkę. Kierując się oznaczeniami na ścianach, zbiegłyśmy dwa piętra w dół. Kamil stał na końcu korytarza i ręcznie odblokowywał plombę która zamknie drzwi śluzy. Zwykłe lampy zabłysnęły i zgasły - pozostały tylko małe migoczące, czerwone lampki z awaryjnego oświetlenia. Drzwi śluzy po woli się zamykały, a wokoło było słychać narastającą ciszę, tak jakby coś się zbliżało. Biegłyśmy za szybko bo wpadłyśmy na siebie, ale obie przekroczyliśmy drzwi śluzy. Obróciłam się i chciałam wstać. Ogromne przesuwane drzwi śluzy były na wprost przede mną. Kinga leżała nieprzytomna, a Kamil krzyczał "Coś blokuje drzwi". W wnęce która pozostała niedomknięta leżał mój laptop wraz z teczką którą miałam zabrać na wczorajszy wykład. Siłuję się aby wyciągnąć moje rzeczy kleszczące zamknięcie. Wypadam do tyłu, na plecy, trzymając tylko teczkę z napisem "Nowoczesna terapia leczenia kolorami" mojego autorstwa. Podnoszę głowę, ale widzę że laptop nadal na kilka centymetrów blokuje zamknięcie, a Kamil manualnie nie może domknąć śluzy. Widzę jak przez ten mały przesmyk do pomieszczenia zaczyna wlewać się rzeka żywego ognia.
29.11.2015 o godz. 21:08
Cześć, mam depresję
Tak, nie jest słodko i cukierkowo, nie jest idealnie i przecudownie. Jedyne, co mam idealnego to przyjaciela. Natomiast moje traktowanie go, juz idealne nie jest.
Bo mam se depresje.
Od dziecka.
Fajnie...

Chcialbym być dobra dla ludzi.
A nie wiem czym jest otwartość. Nikt nie nauczył mnie. Po prostu nie jest to dla mnie naturalne. Nie umiem.
Czasami chce wyjsc z domu w srodku nocy
Brakuje mi stałego zajęcia, którego bezskutecznie szukam.
Mogłoby być choć trochę ambitniejsze od roznoszenia ulotek.
Coś w czm moglabym sie sprawdzić, lub nie sprawdzić.

Całe życie odnosze sukcesy na które nie zasluguje. Jestem piękna i inteligentna, i pewnie mam parę cudownych talentów, końskie zdrowie itp.
Tak, super.
Płacę za to stanem psychicznym.
Słono płacę.

Tagi: ok
08.07.2015 o godz. 21:29
Nadal czasem nie dowierzam, jak to już blisko, moja samodzielność. Czasem nie czuję się, jakbym miała się za niecałe cztery miesiące wyprowadzić. Ale w dużej mierze zaczynam już w to wierzyć. Mentalnie już się zaczynam pakować, w Poznaniu już się czuję jak w domu. Trochę dziwnie nie mieć własnego łóżka i gniazdka elektrycznego w swoim domu, ale nadal Poznań jest dla mnie bardziej domem niż miejsce, w którym sypiam. To dobre uczucie. Jeszcze cztery miesiące!

Poza poczuciem bycia w domu, nauczyłam się innej rzeczy. Nie jestem już dzieckiem. Wiele rzeczy w mojej bliskiej przyszłości przestanie dziać się bez mojego udziału (pranie, mycie okien, obiad etc :d) i już zaczynam być tego świadoma. I nie tylko tego. Chodzi o świadomość, tego, co jest ważne, tego co trzeba zrobić w ciągu danego dnia zamiast np oglądać yt cały dzień. Tego, że mam powody by być szczęśliwa, ze swoim życiem, ale też ze sobą. Tego, że zasługuję na dobre myśli, również te, które kieruję do siebie.

Jak wspomniałam we wczesniejszej notce i jeszcze poprzedniej, mam najlepszego przyjaciela na świecie i on jest moim małym (względnie małym xd) szczęściem! Wiem że jest wiele chwil w których trudno udźwignąć mój ciężar. Czasem pakuję kamienie do plecaka i wskakuje mu w ramiona licząc że zdoła do całe gówno unieść, drugą ręką ledwo utrzyuając własne życie w równowadze. Czasem dużo mi było potrzeba, za dużo. Potrzebowałam od Niego dobra, które tylko ja sama mogę sobie dawać. Teraz to rozumiem, a po tym wszystkim mój przyjaciel jest nadal ze mną, nadal tak samo kocha i nadal tak samo się wspieramy! Mój przyjaciel jest aniołem, nigdy nie znałam tak cudownego człowieka jak on :D

JESTEM LISKIEM I KOCHAM CAŁYM FUTRZANYM SERDUSZKIEM :D


Tagi: :F
25.02.2015 o godz. 12:53
źle się dziś czułam więc urwałam się wcześniej, przyjechałam do domu, wpakowałam w siebie sto kilosów śmieciowego jedzenia, przejrzałam facebooka, instagrama, zupę...wszystko to co poprawia mi humor i nie wymaga myślenia. było mi niewygodnie w jeansach , w których mój tyłek miał wyglądać świetnie. trudno, nie czułam tego ja ani on ale w taki dzień jak dziś olałam sprawę.
zwróciłam się do świeżego stosu prania, tak misternie ułożonego przez moją rodzicielkę, wciągnęłam na siebie leginsy i już coś poczułam, jakiś wewnętrzny niepokój, mała szpilka wbita we mnie...cicho, cicho. to nic, uspokajam się, wybieram ulubiony ogromny, sprany tshirt , przecież i tak nikt mnie dziś nie będzie rozbierał.Przeciągam go przez głowę, biorę wdech i znowu widzę wszystko. Bo gdy byliśmy sami ostatni raz chciałam powiedzieć mu ,że uwielbiam jego zapach i chce nim przesiąknąć ale nie miałam siłyChciałam mu powiedzieć jeszcze wiele rzeczy. Ten cholerny zapach, to w tobie najgorsze. Nie to w jaki sposób dotykałeś ani jak mogłam całą noc z tobą tańczyć do wszystkich najgłupszych piosenek najbliżej i najwolniej jak się da.I całować wszędzie,wszędzie, wszędzie. I zasypiać z tobą też było miło , ale to on. Ten cholerny zapach zakodował mi się w głowie, wyrył gdzieś głęboko.

Cholerny płyn do prania albo inne gówno o którym nie mam zielonego pojęcia niszczy mi dzień, tydzień, miesiąc. Właśnie sobie policzyłam, jutro minie 3 tygodnie odkąd Cię widziałam ostatni raz. Fizycznie. Psychicznie Cię nie było, miałeś na sobie tą zadowoloną maskę osoby którą nie byłeś.


Milionowy raz wącham tshirt w którym siedzę, z jednej strony robię to podświadomie, z drugiej nie chcę by zapach zniknął za szybko. Trzecia część mojego mózgu mówi Karolinko uspokój się, zapomnij. Jego tak na prawdę nie było, przynajmniej nie ma go już i nigdy go nie będzie.Jak stracić kogoś kogo się nawet nie miało-szybki poradnik


Wącham tą wstrętną koszulkę kolejny raz i już wiem ,że to nie jest to. Brakuje mi czegoś i wiem ,że nieważne ile ciuchów wypiorę w tym płynie i na siebie je włożę to nie sprawię ,że jego ciało będzie ciepłe przy mnie.
to se ne vrati




Tagi: brak mi
20.02.2015 o godz. 16:20
Właśnie postanowiłam napisać i zdałam sobie sprawę, że w 2013 nie kontynuowałam swojej 'tradycji' pisania 'podsumowań roku'. 2013 byl dla mnie dziwnym, przepełnionym sprzecznościami i niepewnością czasem. Był też czasem, jak myślę, zmian na lepsze. Jednak to 2014 przyniósł mi prawdziwą świadomość w tym wszystkim. To pierwszy rok w moim życiu, kiedy ciężko mi powiedzieć jaka była kiedy pogoda, albo czy zima była surowa a jesień złota. To pierwszy rok który rozmywa mi się w pamięci a ja się tego nie boję. Nie boję się :D

Cały ten rok, każdego dnia miałam u swojego boku najważniejszego człowieka w moim życiu. Były chwile złe, były te cudowne, nasza znajomość rozwijała się, a inna, toksyczna, się zakończyła. Znalazłam swoje miejsce w tym wszystkim i postawiłam już żagle, by płynąć do celu ^^
Cudownie mieć przyjaciela, który chce mnie, tylko mnie, w formie pierwotnej, bez naciągania prawdy, bez masek, mnie... Cudownie jest mieć przyjaciela który jest małym superbohaterem bez peleryny :D (bo w pelerynie wyglądałbyś jak idiota xd)

Przede mną najważniejszy jak do tej pory rok mojego życia. W najbliższym czasie zdaje prawo jazdy, póżniej matura, przeprowadzka, samodzielność, praca, studia... Dobrych kilka ogromnych moich życiowych marzeń się spełni. Jeszcze prawie niedowierzam, jak blisko już to wszystko. Będę mieszkać w Poznaniu, naprawdę będę!:D Bliżej przyjaciela a dalej tego zasranego miasteczka którym już rzygam, będę tworzyć swoją przyszłość dalej... Cokolwiek będzie mam to co najważniejsze :D ^^

I nadal jestem ruda :D

Tagi: :D
28.12.2014 o godz. 19:07
Ja już nie wiem, czy naprawdę jestem taka straszna, czy co... Czy po prostu żyję w dysfunkcyjnej rodzinie, w której na pozór wszystko gra, a po opuszczeniu kurtyny wychodzą na jaw zachowania wysoce patologiczne (choć doskonale ukryte w oceanie hipokryzji)?
Jak nie tato, to mama.
W zeszłym tygodniu tato zszedł mi pomóc wnieść gondolkę na górę (bo zestaw córcia + gondolka jest zbyt ciężki dla jednej osoby). Wjeżdżam wózkiem na klatkę, po uprzednim postawieniu gondolki z dzieckiem w środku na ławce, a tato nagle zaczyna się wykłócać, żebym zabrała gondolkę i postawiła na klatce, bo Mała zmarznie. Jakoś nie zmarzła na 2-godzinnym spacerze (co nie przyszło mi na myśl jako fakt godny tłumaczenia ze względu na swą oczywistość) i minuta czekania, aż schowam stelaż do piwnicy, pewnie niewiele by w tej kwestii zmieniła. Mówię mu, że wygodniej mi brać dziecko z gondolki stojącej na ławce itp., a on dalej swoje. W końcu tak się wnerwiłam, że ustąpiłam, ale wybuchła taka awantura, że jak zwykle wylądowałam sama (no... z dzieckiem...) w pokoju i się poryczałam.
Dzisiaj z kolei powiedziałam mamie, żeby moja siostra zabrała z naszego mieszkania swoje szpargały (obiecuje to od kilku lat i jak na razie nie zabiera), bo nie będę ich przenosić do naszego nowego domu, gdy już go wybudujemy. No i oczywiście mama nawiązała do rodziny mojego męża - że ta rodzina zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu (co to ma do rzeczy w ogóle?!) i że "jak się wyprowadziCIE, to będzieCIE sobie decydować". Aha.
Obydwa wątki łączy to, że usłyszałam aluzje, że rodzice nie mają życzenia z nami zamieszkać w nowym domu. Mimo tego, co było wcześniej mówione. Tylko dlatego, że chcę żyć po swojemu, że chcę decydować o sobie i swojej rodzinie, odstępują od wcześniejszych ustaleń. Bo mimo, że mam 30 lat, nadal mam gówno do powiedzenia i wg moich rodziców moje zdanie nic nie znaczy. Tamta trójka jest oczywiście nieskazitelnie doskonała, tylko ja się nie udałam. Bo siostra pomogła w tym, w tamtym... A ja oczywiście nic nie robię i nic nie znaczę.
No i co ja mam teraz zrobić?
Nie oczekuję od rodziców niczego poza tym, żeby poszli z nami zamieszkać do tego nowego domu, a oni oczywiście muszą stawać okoniem. Ciekawe, kto jeszcze z trójki mojego rodzeństwa chciałby z nimi zamieszkać. Jakoś nikt się do tego nie wyrywa.
Moja rodzina jest dziwna. Niby się jakoś trzymamy kupy, ale to jest wielkie niby zważywszy na to, że dwójka z nas pożarła się na śmierć i życie, a tak poza tym to więzy strasznie się rozluźniły. No i jeszcze ci rodzice, którzy nie mają do mnie ani krzty szacunku ani zaufania. Za co? Nie wiem. Może podświadomie. Dlatego, że nie byłam planowana. Bo jestem najmłodsza. Bo jestem najbliżej.
Obym nie powtarzała ich błędów. Mam nadzieję, że będę lepszym rodzicem od nich.
I lepszym człowiekiem.
10.12.2014 o godz. 10:45
Słoneczko śpi, mąż ogląda TV, a ja ślepnę przy komputerze.
Gdybym tylko miała czas przeczytać wszystkie własne stare wpisy... Ehh, mam co robić całymi dniami. W rytmie mleczko-zmiana pieluchy-zabawa/sen czas mija z zatrważającą prędkością. Jak to było kiedyś możliwe, że moja mama zajmowała się dziećmi, prała, prasowała, gotowała, chodziła do pracy, porządkowała dom i jeszcze dodatkowo zajmowała się gospodarstwem rolniczym - tego nie wiedzą najstarsi górale. Ja, posiadająca takie zdobycze techniki jak pralka automatyczna, zmywarka, czajnik elektryczny czy nawet bieżąca woda w kranie (!) nie jestem w stanie zrobić w ciągu dnia niczego poza zajmowaniem się córeczką. Jestem pełna potępienia dla samej siebie, ale oczywiście (jako rasowy śmierdzący leń) nie zmieniam swojego postępowania, bo po co :P
Przez te cztery miesiące zdarłam całe stada kotów z moimi rodzicami. A o co? O to, że sama jestem już matką, wobec którego to faktu to ja decyduję o moim dziecku i to ja niepodzielnie sprawuję nad nim pieczę. Oczywiście nie oznacza to, że zabraniam rodzicom zbliżać się do córki, ale wkurzam się na teksty taty typu: "Tylko dziadzio cię kocha, więcej nikt!" (to są jego "żarty"), czy na wtrącanie się mojej mamy w to i owo i jej wszystkowiedzącość :P Z boku to może i wygląda, że przesadzam z reakcjami, ale nie umiem pozbyć się strachu, że gdy pozwolę rodzicom na zbyt wielką kontrolę nad wychowaniem dziecka, przeniesie się to na późniejszy czas i gdy ja będę mówić "NIE", oni będą mówić córce "TAK". A to by była porażka. Dorośli muszą przy dziecku stać po jednej stronie barykady, inaczej ciężko je później wychować na dobrego, ułożonego człowieka. Szczególnie, gdy dochodzi do wzajemnego podważania autorytetu. Poza tym wieloletnie doświadczenie nie pozwala mi myśleć, że mama w czymkolwiek będzie mi zostawiać wolną rękę, w każdym razie - ciężko jej to przychodzi. Chyba każdy zna sztampowy model konfliktu na linii matka-córka, gdzie dochodzi wielokrotnie do spięć i gdzie emocje zaślepiają kompletnie obiektywne postrzeganie rzeczywistości.
I teraz zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy: córcia też może kiedyś odnosić się do mnie jak ja do mojej mamy. Hmm. Wszystko zależy od tego, jaka będę, jak będę się starzeć. Czy uszanuję kiedyś jej potrzebę niezależności, czy raczej będę nad nią czuwać, równie pełna dobrych chęci, co za te chęci odtrącana?
Muszę się zastanowić. Tak lekko przychodzi człowiekowi ocena zachowania innych ludzi, a tak ciężko - wejrzenie wgłąb siebie, przyznanie się do własnych ułomności i błędów. Staram się jak najczęściej dokonywać takich retrospekcji, choć relacje z rodzicami to w moim przypadku spacer po cienkiej linie. Nie wiem, czy jesteśmy z mamą aż tak podobne, czy aż tak różne. W przypadku taty to właśnie podobieństwo charakterów (czy raczej: przyzwyczajeń) nie pozwala mi na trzymanie nerwów na wodzy. I tylko z sentymentem wspominam te czasy, gdy nie do pomyślenia było dla mnie choćby jedno przykre słowo pod adresem rodziców. Dziś niestety niewyparzony język nie słucha mózgu, co czasem kończy się nie do końca potrzebną scysją. Z drugiej strony momentami dość mam ich nadopiekuńczości, zwłaszcza tej okazywanej przy dziecku. Strach przed tym, że, wykonując bezkrytycznie ich polecenia, stanę się osobą niezaradną życiowo i niezdolną do podejmowania własnych decyzji jest zbyt silny. Chociaż z drugiej strony dziecko, przy którym będę okazywać niechęć wobec osób starszych, nabędzie ode mnie taki styl bycia, czego kiedyś sama w podeszłym wieku mogę gorzko pożałować...
01.12.2014 o godz. 22:48

halo, ludzie, zyje ktos?
05.11.2014 o godz. 18:57
Tyle dziś skończyła moja (nasza!) córeczka. Co tam będę pisać - dziecko zupełnie zdominowała mój dzień, moją noc, całe moje jestestwo i póki co panuje w nim praktycznie niepodzielnie. No, oczywiście nie umniejszam tu roli mojego męża. Pomaga mi naprawdę dużo i płomień miłości jakoś w nas nie gaśnie, a nawet wzrasta. Cieszymy się sobą i naszym skarbkiem, bo jest się czym cieszyć. Zdrowie (tfu tfu) dopisuje, słoneczko rozwija się i rośnie przepisowo... Czego chcieć więcej? Cesarka poszła całkiem sprawnie. Współczuję dziewczynom, które muszą cierpieć te wszystkie skurcze i rozwarcia. Dobrze, że córcia ułożyła się dupą do świata, przynajmniej nie musiałam się męczyć godzinami ;)
Czas płynie mi jak oszalały. Nie mam czasu się nudzić, ale ten trud i to poświęcenie tracą jakiekolwiek znaczenie, gdy na buzi skarbka pojawia się szczery, bezzębny i całkowicie rozbrajający uśmiech. Nie ma kupki, której bym nie posprzątała, nie ma płaczu, którego bym nie zniosła. To ciepełko bijące od maleńkiego, papuśnego ciałka - bezcenne!
Gdy pomyślę o tym, że ktokolwiek może choćby rozważać skrzywdzenie takiego maleństwa... Chyba bym zabiła gołymi rękami taką osobę. Bez przebaczenia, jak Clint Eastwood :P
I tak, moi drodzy, stara dobra Dotkliwie Pobici przechodzi na kolejny wyższy level życia. Level Matki.
Uff!
29.10.2014 o godz. 20:38
Jeszcze w zielone gramy,
chęć życia nam nie zbrzydła.
Jeszcze na strychu każdy
klei połamane skrzydła.
I myśli sobie Ikar,
co nieraz już w dół runął:
- Jakby powiało zdrowo,
to bym jeszcze raz pofrunął!
Jeszcze w zielone gramy,
choć życie nam doskwiera.
Gramy w nim swoje role,
naturszczycy bez suflera.
W najróżniejszych sztukach gramy,
lecz w tej, co się skończy źle -
jeszcze nie, długo nie.



Będę kimś kim nie chcę być bo choć zapieram się rękami i nogami, zaprzeczam, śmieję się i chwalę swoje wybory to prawda jest taka ,że nienawidzę tego co się dzieje. Mam ochotę uciec i nigdy nie dać znaku życia.
Ale jestem cholernym tchórzem, myślę materialistycznie, odrzucam to co głosiłam całe życie.
Będę prawnikiem, będę żyła na dobrej stopie życiowej, skończę studia i pozornie będzie genialnie ale prawda jest taka ,że umrę przed czterdziestką.
Tagi: ...
12.10.2014 o godz. 20:42
Początek tego wpisu mógłby wyglądać identycznie jak wygląda początek poprzedniego. Znów piszę po dłuższej przerwie, nie wiedząc do końca o czym chcę napisać ani jak oddać to co czuję słowami. A "tak naprawdę", piszę to chyba tylko dla jednej osoby, bo nie sądzę, żeby ktoś losowy miał ochotę to przeczytać.
Nie chcę przestawać być dzieckiem i dedykować przyjaciołom wpisy na blogach których nikt nie czyta ^^ JEEEEE :D

Cóż, od ponad roku już nie ćpam i jest cudownie. Nie ukrywam były momenty kiedy miałam myśli, że ćpając funkcjonowałam lepiej. Bo faktycznie, rzadziej chorowałam, lepiej sie uczyłam, "na najwyższej fali" nie ma czasu na to by było inaczej. Ale tak jak jest teraz jest lepiej. Bywało ciężko, ale rzeczą, która zmieniła to wszystko najbardziej jest miłość. Szczerze polecam. To nie zawsze musi być związek, miłość można znaleźć w wielu innych rzeczach. I prawdę mówiąc miłość w przyjaźni może być nawet lepszym niż związek lekiem na te bardziej skomplikowane formy depresji. Chyba :D

Całe życie pamiętałam zbyt wiele szczegółów z mojego życia, ale powoli zauważam, jak się rozmywają, zastępowane szczęściem. Całe życie miałam w sobie zbyt wiele żalu, głównie do siebie, zbyt wiele obrzydzenia, głównie do każdego człowieka jakiego mogłam spotkać. Tego wszystkiego już nie ma. Nie ma we mnie warunku miłość=cierpienie. Mam 18 lat. Ktoś marzył o mnie jeszcze zanim się urodziłam. A ja te marzenia przerosłam.

Nawet nie próbowałam marzyć o czymś takim, co spotkało mnie w ciągu ostatniego roku.
Po prostu nie sądziłam że coś takiego istnieje.
Kiedyś nie wyobrażałam sobie otwartości wobec kogokolwiek.
Kiedyś nie wyobrażałam sobie zaufania opartego na pewności.
Kiedyś nazywałam byle co miłością i szczęściem, teraz miłość jest wszystkim, ale mało co jest miłością.

Ty jesteś.
:D

ODZIOBODZIO.



Edit: nadal jestem ruda
Tagi: dziękuję
30.08.2014 o godz. 13:28
A czy to mi w czymś pomoże?
Przecież wiem z doświadczenia, że ból jest tym większy, im większy jest strach przed nim. Niepotrzebne "nakręcanie się" niczego nie zmienia, a jedynie rozstraja nerwy i żołądek.
W środę pomiędzy 8:00 a 10:00 mam się zjawić w szpitalu, w czwartek będzie cesarskie cięcie. Staram się na różne sposoby jakoś sobie to wszystko poukładać w głowie. Ludzie nie takie rzeczy przeżywają - np. ten gościu, któremu maszyna w pracy dosłownie oderwała twarz od głowy czy rodzice dziewczyny, która miała wyjść dosłownie na chwilę do sklepu, a wsiadła do auta z koleżanką i poniosła śmierć na miejscu w wyniku zderzenia z drzewem. Skoro oni dali radę przejść przez naprawdę wielką tragedię, dlaczego ja panikuję przed czymś, do czego miałam czas psychicznie się przygotować i co jest w dużym stopniu zaplanowane? Zawsze boję się nieznanego i choć w niemalże 100% strach okazuje się mieć wielkie oczy, nie potrafię ze spokojem podejść do kolejnych mniej lub bardziej nagłych wyzwań.
A przecież najważniejsze jest to, żeby z dzieckiem wszystko było w porządku. To, że mi wykonają cięcie brzucha, po którym będę miała bliznę, akurat najmniej mnie obchodzi. Mam już naprawdę sporą i paskudną bliznę po oparzeniu sprzed 14 lat, więc Miss Bikini i tak już nie zostanę. Doczytałam również, że znieczulona będę najprawdopodobniej gazem wziewnym (innego rodzaju znieczuleń się w "moim" szpitalu nie przeprowadza), więc nie będzie kłucia igłą w kręgosłup. Wiadomo, że cesarka to poważna operacja i nie od razu będę mogła funkcjonować na odpowiednim poziomie psychiczno - motorycznym, ale przecież nikt nie wymaga ode mnie cudów. Powoli, spokojnie dojdę do siebie, jak miliony innych matek. Zresztą która kobieta podchodzi do porodu pierwszego dziecka na luziku? Każda ma jakieś obawy, a jednak dają radę. W czym ja jestem gorsza?
...
No. I po to właśnie jest blog. Prowadzenie monologu udramatyzowanego trochę dla siebie, trochę nie dla siebie... Żeby za kilka miesięcy można było tu zajrzeć i pokiwać głową nad swoją głupotą.
...
Koniec smutów.
23.08.2014 o godz. 10:37
Nie wiem czego chcę ale na pewno wiem czego nie chcę.
Tego.Jego.Być w tamtej chwili z nim.Na jakieś ławeczce w najromantyczniejszej części parku.Jest mi gorąco i mam ochotę rozpłynąć się w tym lipcowym żarze...On nie wysila, chce być zabawny ale nie jest,chce być bardzo inteligentny ale nie jest.
Zmywam się a potem...siedząc w samym centrum miasta już nie w takim żarze, parę godzin potem dochodzi do mnie ,że ja chyba mam jakiś problem bo umówiłam się z normalnym facetem,praca,jakaś tam chęć posiadania rodziny za parę lat, włosy takie typowo polskie, ubranie takie typowe bazarowe.Normalny.Przystojny nawet. A ja siedziałam z nim i jedyne o czym myślałam to to ,że jest chyba odbity na jakimś powielaczu, że nie ma mózgu, nic nie myśli, jest mu dobrze tak jak teraz nie chce inaczej, nie wiem czy lepiej ale...



31.07.2014 o godz. 18:52
Pamiętam doskonale, jak bardzo nie chciałam zakładać konta na FB. Byłam na n-k, potem zrezygnowałam z konta i przez jakiś czas moje wirtualne życie kręciło się wyłącznie wokół tego bloga. Po jakimś czasie jednak, powodowana chęcią kontaktów ze współpracownikami i modą (ble :P), założyłam sobie Fejsa i wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. No, może nie napieprzałam notyfikacji z gier i nie zamieszczałam 14 fotek mojej mordy tygodniowo, więc nie można tu mówić o jakimś wielkim zachłyście, w każdym razie codziennie wklejałam jakiś teledysk albo inne bzdety.
Jakiś czas temu (nie tak dawno...) jednak zauważyłam, że niektórzy przesadzają z aktywnością i to kazało mi się zastanowić nad sobą. I wtedy jakoś odeszła ochota na codzienne wpisy, w każdym razie zaczęłam się zastanawiać kilka razy, zanim coś wkleiłam. Czy to naprawdę takie ważne i przełomowe? Czy naprawdę muszę być siedemnastą osobą zamieszczającą link do najnowszego teledysku X? Czy kolejna fota mojej mordy jest naprawdę potrzebna? Nie zmieniłam wyglądu już od baaardzo dawna, więc nie muszę update'ować swego wizerunku na FB.
To, co ludzie nieraz wklejają...
* co tydzień - albo i kilka razy w tygodniu - zmiana foty profilowej (przy czym ta nowsza właściwie nie różni się od starszej)
* X ogląda właśnie film pod tytułem / czyta książkę...
* X właśnie przebiegł 8 km + w bonusie fota spoconego oblicza
* X jest na lotnisku / w hotelu / na plaży / w kiblu...
* X jest w złym humorze, co obrazuje jakiś ckliwy cytat typu "gdy obgadujesz mnie za plecami, jesteś w doskonałym położeniu aby pocałować mnie w dupę" (jakbym nie widziała tego obrazka już 60 razy!) czy inne tam gorzkie żale z kazaniem pasyjnym
* i wreszcie X gra w ... i osiągnął wynik ...
...
Nie mówię, że ja jestem jakimś wzorem i nigdy nie dorywałam się do takiego mentalno - fizycznego ekshibicjonizmu, bo już prowadzenie bloga takim ekshibicjonizmem jest.
Chodzi mi jedynie o to, że z boku takie zachowania mogą się wydawać lekko żenujące. Czy naprawdę dotarliśmy do tego momentu, gdzie musimy, ale to absolutnie MUSIMY uzewnętrzniać każdą sferę swojego życia w internecie? A gdyby odłączyć całe to badziewie i cofnęlibyśmy się do czasów, gdy spotykaliśmy się ze sobą osobiście, gdy pewna część ludzkiej jaźni była owiana tajemnicą, gdy nasze zdjęcia oglądały wyłącznie osoby z najbliższego otoczenia? Czy potrafilibyśmy się w tym odnaleźć? Bez smartfonów (upośledzonofonów), bez tych idiotycznych selfies, bez informowania 600 znajomych, że właśnie żremy bigos u babci? Gdyby usiąść i zwyczajnie ze sobą porozmawiać?
Jestem w siódmym miesiącu ciąży i nie napisałam o tym na Fejsie ani słóweczka. Nie zamieściłam zdjęć USG. Nie zamierzam wklejać zdjęć dziecka (i mam nadzieję, że w tym postanowieniu wytrwam). Można? Można.
Wystarczy cofnąć się o krok, spojrzeć na to wszystko z dystansem i spytać siebie: "Dla kogo to jest ważne?"
No właśnie - dla kogo? Dla mnie, żeby zbierać Like'i? A co mi te Like'i dają? Ledwo tlącą się satysfakcję z aprobaty innych. A kim są inni? Czy to moi prawdziwi przyjaciele, czy jedynie znajomi, gotowi zarówno się uśmiechnąć, jak i obgadać. Zresztą ja też nie zawsze mówię wszystko w twarz więc jak mam wymagać szczerości od innych? A jeśli cokolwiek jest nieszczere, czy naprawdę mi na tym zależy...?

Filozoficznie w ch...olerę się zrobiło, kończę więc. Obrazkiem, bo to takie hot i sweet :P
04.07.2014 o godz. 10:39
Póki co nic się nie pochrzaniło i mój "tasiemiec" ma się całkiem dobrze - przynajmniej wszystko na to wskazuje.

Już drugi tydzień siedzę w domu i zajmuje się wiciem gniazdka. W zeszłym tygodniu zrobiłam generalny remanent w jednym pokoju i zebrało się mnóstwo śmieci. Nie wiem, po co do tej pory trzymałam notatki ze studiów i stare torebki z porwanymi podszewkami w środku O_o. Pomijając furę innych rzeczy, do których nie miałam ani sentymentu, ani nie były mi potrzebne. Włączyłam tryb "zero tolerancji dla syfu" i oto w rogu pokoju na wyniesienie czeka całkiem spora kupka śmieci. Teraz czeka mnie drugi pokój - przede wszystkim ogromna szafa, którą zacznę sprzątać od góry do dołu, bo innej opcji nie ma (tyle tam rupieci).

Nudzić się więc nie nudzę. Nie muszę zaglądać na strony szafiarek (notabene prześcigających się w głupocie) żeby odkryć, co właśnie żrą albo jakie to darmówki otrzymały oraz jakimi loserami są ich hejterzy. Nie muszę oglądać reality show gwiazdek znanych z ust glonojada i zezowatych cycków. Nie muszę słuchać mądrości perfekcyjnej pani domu, która ma wyraz twarzy jakby od 4 dni jechała na amfie. Nie muszę patrzeć, jak kolejne "cudowne dziecko mikrofonu" sprawia że Marysia Sadowska płacze w rękaw. Cholera, jak mi to wszystko zobojętniało! Jak mnie to nie interesuje! O ileż bardziej wolę zająć się swoim życiem, zamiast roztrząsać cudze!

Teraz liczą się inne sprawy - truuuuudne sprawy ;) Że moje życie zmieni się o 180 stopni, że będę wychowywać własne potomstwo, że czeka nas budowa domu, że trzeba będzie pogodzić to wszystko z pracą... Czyli w miarę bezstresowego życia nadszedł kres :P No ale nie ja pierwsza i nie ja ostatnia. Obym tylko popełniła jak najmniej błędów a jeśli już - obym wyciągała z nich właściwe wnioski.
No i obym miała czas częściej tu zaglądać ;) Bo miło wspominam dni, w których "zaszczycałam" obecnych tu blogerów codziennymi frustracjami. Chwila, sprawdźmy, co pisałam kilka lat temu dokładnie... 24.06.2010.
E, w sumie nic przełomowego. Dupy nie urywa :P Ale możliwość takiej retrospekcji ogólnie jest OK ;)

Dobra, koniec na dzisiaj.
Do następnego.
24.06.2014 o godz. 10:17
Zaczynając pisać nie czuję się na siłach by tak naprawdę słowami oddać to co czuję i chciałabym przekazać. Nie wiem nawet komu chcę to przekazać. Sądzę, że jest tylko jedna osoba, która przeczyta ten tekst od deski do deski i to właśnie tej osobie w dużej mierze zamierzam poświęcić pierwszy wpis w 2014r. Czy ostatni? Wątpię. Blog istnieje już prawie cztery lata. Wow. Tyle się od tego czasu zmieniło. Tyle się zmieniło od ostatniego wpisu... Osiem miesięcy, znów tu wracam po dłuższej przerwie. Może tak jednorazowo, żeby historia, którą ten blog opowiada nie została taka otwarta. A może będę dalej tu pisać. Może. I tak nie zdobędę jakiejś tam rzeszy czytelników. Gdyby ten blog stał się popularny, usunęłabym go. Nie chcę być popularna. Nie chcę być znana ze swojego życia prywatnego. ...chyba piszę od rzeczy :D

W ostatnim wpisie pisałam, ze przefarbowałam włosy na blond. Jakiś miesiąc później miałam już ciemny brąz, a teraz jestem ruda. I przy tym zamierzam pozostać. W ostatnim wpisie pisałam, że każdego miesiąca, tygodnia odnajduję kolejną część prawdy. I tak zostało. Przez ostatnie miesiące moja dusza przeszła ogromne zmiany.

"We wrześniu prawdopodobnie spotykam się z moim nowym przyjacielem" zmieniło moje życie. W końcówce września staliśmy razem nad Wartą, w porannej mgle, a później nic już nie było takie samo. Mój Przyjaciel ma bliznę jak Harry Potter i jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Mam Przyjaciela, który walczył o moją duszę, gdy ona sama nie czuła zupełnie nic. I zamierzam równie zacięcie walczyć o Niego. Mam Przyjaciela, który widzi w moich oczach więcej, niż sama potrafię wyczytać z własnych myśli. I ja Jego oczu się uczę, jak gwiazd. Mam Przyjaciela, który pokazał mi, że nie niebo jest najwierniejsze. I podziękuję mu za to, bardziej wierna niż niebo. Dzięki Niemu moje serce nadal bije. I zawsze będzie mógł na nie liczyć. Dzięki Niemu mój świat nadal się kręci. I gdyby ten Jego przystanął, popchnę by ruszył ponownie. Dzięki Niemu przebyłam niesamowicie długą drogę i jestem w zupełnie innym miejscu swojego życia, siebie, swojego serca. Choć walka czasem bolała jak cholera. Choć setki razy myślałam, że nigdy nie pozbędę się z siebie całego tego gówna. Nigdy się nie poddał. A teraz jestem tutaj, piszę to, choć nadal rzadko kiedy mam dzień w którym nie potknęłabym się o coś boleśnie w swoim umyśle, choć nadal niektóre rzeczy bolą i wielu rzeczy zapominam, choć nadal nawet mała rzecz może doprowadzić mnie do płaczu, jestem tutaj, jestem i czuję się nieskończenie bardziej szczęśliwa. Ja i mój Przyjaciel doprowadzimy do końca wszystkie walki. Do końca w szczęściu.

Wiem, że będę szczęśliwym człowiekiem. A właściwie już jestem. Świat nie opiera się na świadomości. Świat opiera się na emocjach. Świadomość nie ma energii. Emocje? Emocjami można walczyć przeciwko samemu diabłu przez 1024 lata i nie dostać nawet zadyszki. Tyle wiem. Taki jest mój sens życia.

Wtulas Bracie :D

<3
www.youtube.com/watch?v=UmM9hd05pMI
30.04.2014 o godz. 21:53

Ojaa! Ale mnie tu dawno nie było :D Czuję się staro... Co tam, jest tu ktoś znajomy, z dawnych lat? ;>
0da20cb6f1a3c9afb1dc.gif
13.03.2014 o godz. 23:52
statystyki
  • Czas na Bloblo: 6 dni 9 godzin 23 minuty
  • Napisanych notek: 42
  • Komentował: 2 razy
  • Zebranych komentarzy: 36
  • Ostatni wpis: 23.02.17, 00:29
  • Wpis średnio co: 21 dni
  • Profil odwiedzono: 147089 razy
  • Ilość avatarów: 20
  • Ilość zdjęć: 0
  • Ilość filmów: 2
  • Ilość logowań: 227
  • Ostatnie logowanie: 24.02.17, 00:46
  • Ostatnio odwiedzili: a-rosa-de-ninguem6, dompiella, imavampire, stolier, funny-joke, amy, makabra, Semi, soulmate
sekcja użytkownika
escitalopram 20 mg